sobota, 22 października 2016

Co się stało z moim krajem?

Zimą 2015 roku po długoletnim epizodzie krakowskim szargany sprzecznymi emocjami zdecydowałem się wyjechać z Polski. W moim przypadku nie były to w żadnym wypadku, ani względy finansowe ani ideologiczne. Nie żyło mi się źle w Polsce. Byłem na swój sposób zadowolony, chciałem spróbować żyć inaczej. To był wyjazd nie z rozsądku, przeważyły inne względy, ale to nie temat na post.
Przyznam szczerze, że do listopada ubiegłego roku w ogóle nie zajmowałem się w jakiś szczególny sposób polityką. Jasne byłem na wyborach prezydenckich i parlamentarnych, po wyborze  p.o. prezydenta przeraziłem się i liczyłem, że w narodzie jeszcze trochę siły i rozumu. Ba, nie pierwszy i nie ostatni raz się zawiodłem. Cóż życie.

Od zimy ubiegłego roku do lutego 2016 stałem się bacznym obserwatorem życia politycznego. Jak nigdy, nocne obrady, twitter, yt, portale i przerażenie, a bardziej niedowierzanie. Ok., jestem w stanie zrozumieć, że pobawimy się w odwet. Nawet to rozumiem Polak to jednak zawistny naród.

Taka nasza uroda, ale cyrk, który się wykreował między czasie po prostu mnie przeraża. Rozumiem, nie dla uchodźców. W porządku, racjonalnie myśląc co uchodźca miałby robić w Polsce, gdzie pensja minimalna to jakieś 1200 netto i co z tym zrobić chyba się rozpłakać? Żaden fanatyk nie nawracałby Polaków – ale ok., zawsze byliśmy bici jak nie przez Niemców to przez Ruskich. Boimy się rozumiem, nie znamy rozumiem. Trochę się zachowujemy jak taka szarańcza wszędzie nas pełno, nawet tam gdzie nas nie chcą, ale do nas obcym wstęp wzbroniony. To co obce nieznane, nie ruszam – rozumiem.

Ten tani, kiczowaty patriotyzm. To z patriotyzmem nie ma nic wspólnego. Wielka Polska, husaria noszona przez baranów nie znających podstawowych dat z historii kraju, z mokrymi pachami, który rzuca śmieci tam gdzie popadnie. Patriotyzm to szacunek do ojczyzny, a nie górnolotne hasła jeszcze w takim tandetnym wydaniu. To dbanie o wspólne dobro, o to stare drzewo  w parku, a to tą staruszka co nie może wejść na 3 piętro z zakupami z biedry. Dopiero później znajomość historii.

Coś co mnie naprawdę boli to stosunek kościoła. Wychowałem się w katolickim domu – wróć w chrześcijańskim. Nauczono mnie rozróżniać co dobre i co złe, może nawet trochę idealizuje, ale dekalog był i jest dla mnie istotny w życiu. Teraz z bólem serca spoglądam na myśl kościoła, celowo z małego K, które już z tą instytucją jaką powinien się jawić nie ma nic wspólnego.

Najbardziej zastanawiam się dlaczego skoro na co dzień pracuje z polskimi klientami to może spotkałem dwóch, trzech cwaniaków, a reszta to ludzie na wysokim poziomie kultury osobistej. Czemu tylko to chamstwo się przebija, ta taniość, śmieszność? Ci zakompleksieni, śmieszni, groteskowi, przerysowani? Czemu słychać tylko oszołomów, czemu 38 mln ludzi rządzi banda, która domaga się odwetu na każdym.

Kochany Rodaku, Chrystus na krzyżu i biała flaga z napisem żołnierze przeklęci nie czyni Cię patriotą. Kochana koleżanko czy kolego zdjęcie biednego, głodnego pieska czy kotka nie czyni Cię miłośnikiem zwierząt. Drogi kolego, koleżanko udostępnienie strony milion polubień dla JPII nie oznacza, że cokolwiek dla Ciebie znaczył – skoro nawet nie znasz z tytułu jednej jego encykliki. Wszyscy proszący o modlitwę na fb – podziwiam Was za ekshibicjonizm emocjonalny – jak szukam wsparcia to nie robię z siebie dziwki i 
ofiary. 

Wracamy ...

sobota, 21 maja 2016

Rzut oka na Eurowizję

Jeszcze kilka lat temu każdy, kto powiedziałby mi, że będę oglądał Eurowizję zostałby zabity śmiechem. Aż strach pisać. Człowiek ewoluuje, muzyka również i na szczęście poziom festiwali dla ludu zmierza w właściwą stronę. Która to jest nie pytajcie;-)

Dwa lata temu Eurowizję obejrzałem ze względu na słowiański wyuzdany kicz
w wykonaniu Cleo. Dla oka to bardzo, bardzo ekspresyjne wrażenia. W ubiegłym roku pierwszy raz obejrzałem prawie cały finał. Nie padłem z wrażenia, ale aż jeden utwór dorzuciłem na swoją play listę. Była to urocza reprezentantka Łotwy
– Aminata z utworem Love Injected.

W tym roku, nie tylko Szpak zaskoczył mnie swoją propozycją. Chociaż dla mnie to bestseller muzyczny nigdy nie będzie, a znalazłem całe pięć utworów, które zasłużyły na wyróżnienie.

1.      Jamala – 1944 (Ukraina); zasłużenie wygrała, muzycznie poziom ponad festiwalowy. Ktoś się czepia, że wygrali ze względu na przesłanie utworu (kontekst historyczny), aby utrzeć nosa Rosji. Ja uważam, że utwór jest po prostu dobry. Głos Jamali budzi krew.


2.      Just – Heartbeat (Łotwa); co za kraj, koniecznie muszę ich odwiedzić. Drugi raz z rzędu rewelacja. Utwór bardzo komercyjny, klubowy, ale bardzo smacznie podany.


3.    Frans – If I were sorry (Szwecja); znajomy mówił mi kiedyś, że Szwedzi od najmłodszych lat cieszą się śpiewem, edukacja muzyczna stoi na bardzo wysokim poziomie. To właśnie widać, a raczej słychać. Zachwyty zimnym krajem swoją drogą, kawałek Fransa to klimat idealny do tupania nóżką. Nie mam go na play liście, ale dobrze brzmi.

4.      Nika Kocharov & Young Georgian Lolitaz – Midnight Gold (Gruzja); utwór w stylu zatkało mnie zupełnie. Inny jak na Eurowizję to zupełnie niespodziewane granie. Chłopaki z prądem. Zabawa i nieudawany luz. Gdyby cała Eurowizja była w tym stylu to publika zmieniłaby się o jakieś 90kilka stopni.
5.      Zoe – Loin d’ici (Austria); Austria śpiewająca po francusku. Murowany hit lata na pewno nad Sekwaną. Letnie disco, dziewczynka z motylami
i balonami na kwiecistej łące. Taka mała, słodka, blond Alicja w krainie czarów. Jeśli kicz może być pięknie zaserwowany to właśnie to zrobiła Zoe.


Inne zaskoczenia:
Szpak i jego kolory życia (ależ on ma głos!), Armir, który czegoś szukał, ale znalazł (dla Francji to prawie jak święto narodowe, w 2014 zajęli ostatnie miejsce, rok temu
– drugie od końca, a w tym roku w czubie). Śliczna Francesca z Włoch – takie toskańskie ciepło, którego nigdy nie doświadczyłem.

Poniżej poziomu krytyki:

Nie rozumiem zachwytu nad propozycją Australii – takie to monotematyczne, kiczowaty kawałek gościa z Izraela, który z takim potencjałem w głosie po prostu marnuje się. Ponoć Bułgaria miała miłą piosenkę, ja pamiętam jedynie tą Panią, która za sprawą swojego stroju widoczna byłaby nawet poniżej poziomu mgły. Nie trzeba instalować ILSów. A i kolejna Kardzaszjanka (wiem, że je się inaczej piszę)
z Azerbejdżanu – Rihana wróć. A propos Pani od parasoli to słuchając reprezentantki Niemiec aż się chciała zanucić „Umbrella”. Serbia i Litwa zupa totalna, a i kolejny boysband – duet z Anglii.  

Moja „10”: 1-2 Ukraina, Łotwa, 3) Gruzja, 4) Polska, 5) Szwecja, 6) Włochy, 7) Francja, 8) Węgry, 9/10) Hiszpania, Austria

Z półfinałów w finale brakowało mi Estonii, Albanii i Macedonii.

niedziela, 8 maja 2016

Po polsku z 3ką w tle

Kocham podsumowania, statystyki, wszystko co wiąże się z liczeniem, datami, historią.
W trzeci, piękny dzień maja. Tak, Święto Konstytucji to też moje prywatna impreza z trójką w tle.
Polski Top Wszechczasów – już po raz dziewiąty. Przejechałem z nim kawałek świata. Słuchałem w najpiękniejszej arkadii jaką jest Kramarzówka – potęga mitu, w Krakowie, który kocham, a zarazem nienawidzę. Trafiła się kiedyś drogą na Bielsko-Białą piękna, leśna, zielona, wiosenna, radosna. Ba, nawet słuchałem nad basenem na  greckiej wyspie Mykonos. Od dwóch lat Paryż – w ubiegłym roku z ptaszkami zza oknem, a w tym roku już tylko z cepeliowym wyrobem na balkonie.

Top to taka podróż sentymentalna, do wspomnień, do ludzi, do miejsc. Muzyka to wspomnienia. Te radosne i te mniej. Wszystkie pouczające. Moja pierwsza setka wyglądałaby zupełnie inaczej. Każdy ma własny manifest. Głosując w tym roku stwierdziłem, że wybiorę 10 utworów, których nie będzie na pewno w pierwszej setce. Tak zrodził mi się pomysł na ten mój samozwańczy post.

To lecimy:

1.    Patrycja Kosiarkiewicz – Jak ja wierzę (1997): ta Pani, bardziej Panna miała podbić polski rynek na lata. Skończyło się na jednej, dobrej płycie. Byłem dzieciakiem, nie jest to wysublimowane, ani awangardowe. Teraz pewnie było by motywem przewodnim w „Na wspólnej”, albo w losach innych bogatych – biednych rozwijających swoje korpokariery
w stolicy. Sentyment jest najważniejszy.

2.    T. Love – Jest super (1997): wiedziałem, że tegoroczny top będzie manifestem politycznym. Tak też się stało. Muniek napisał dziewiętnaście lat temu jeden z najaktualniejszych tekstów w historii muzyki. Manifest song. Słowa „.. jest super więc o co Ci chodzi” nie tracą na sile.

3.    Robert Janson – Małe szczęścia (1997); znowu 1997. To nie jest moja ulubiona piosenka Jansona i spółki. Rzekłbym wręcz, to najbardziej komercyjny kawałek na płycie. Zresztą dzięki niej, cała płyta się sprzedała. Kuba Badach nie był jeszcze mężem panny Kwaśniewskiej. Moim faworytem była „Itaka”, ale niestety tego utworu nie było w zestawieniu. Z czym kojarzą mi się „Małe szczęścia” z wielkim strachem. Kończyłem podstawówkę i musiałem iść do gimnazjum. Pierwszy rocznik, pierwsze wyzwanie, pierwszy strach przede wszystkim. Jestem dzieckiem reformy edukacyjnej. Wprawdzie utwór ten powstał wcześniej niż reforma, ale to usłyszałem ostatniego dnia w mojej ukochanej kopernikowskiej podstawówce.

4.    Smolik&Rojek – 50 tysięcy 881 (2001); połączone siły ex wokalisty Myslovitz 
i perkusisty Wilków. Obaj świetnie funkcjonują na scenie do dzisiaj. Pierwsza naprawdę niezależna płyta w Polsce. „Niezależna” w sensie komercyjnym, ale bardzo ładnie opakowanym. To takie czekoladki z nadzieniem różanym. Jedna z najlepszych płyt pierwszej dekady XXI wieku.

5.    Universe – Mr. Lennon (1983); kawałek starszy ode mnie, Universe pamiętam
z dzieciństwa. Z czasów magnetofonów, sklejanych kaset. Teraz mam wrażenie, że tragicznie zmarły wokalista ma głos podobny do wokalisty zespołu Akcent. Tak, słynnego Z. Martyniuka czy jakoś tak. Universe to lekkie, przyjemne piosenki o miłości. Takie naiwne, że aż słodkie.

6.    Hedone&Renata Przemysk – Zapach (1998); zarówno zespół jak i wokalistka są bardzo niedocenieni na rynku. Ta forma muzyki niestety nie przyjęła się na polskiej scenie. Taka zabawa w Massive Attack (trochę). Z niczym szczególnym mi się to nie kojarzy, ale słuchając propozycji cholernie przypadło mi do gustu.

7.    Lenny Valentino – Chłopiec z plasteliny (2001); chyba album wszechczasów dla wykolejeńców, skrzywdzonych przez siebie i krzywdzących siebie fanów depresji. Samotników i wygnańców. Ach ten Rojek, majstersztyk. Będziemy walczyć z samymi sobie, aby było nam źle. Inaczej nie zrozumiesz tego utworu i tej płyty. Dla wszystkich, którzy kolekcjonują czerwone kartki od życia ten utwór to prawie Biblia.

8.    Negatyw – Amsterdam (2002); Waluś ze swoją drużyną tym kawałkiem zaskoczyli niejednego. Ambitnie, ale nie za inteligencko. Uwielbiam głos wokalisty, to miało być takie polskie Oassis. Nie wyszło, został Negatyw. Od ponad 15 lat na scenie. Amsterdam przypadł na kolejny etap buntu i słusznie. Buntować też należy się ze stylem.

9.    Cool Kids of Death – Nagle zapomnieć wszystko (2008); to już europejsko, a u mnie etap krakowski. Po buncie, przed życiem. Taki wręcz juwenaliowy, grillowy kawałek. Nóżka się rusza. Nie ma dla mnie jakieś większej głębi, ale po prostu lubię to;-)

10.    Piotr Bukartyk – Małgocha (2003); jak ja kocham twórczość Piotra Bukartyka. To mój bard. Genialne teksty, kocham słuchać smutku, a nie znam nikogo, kto by o nim śpiewał niż Bukartyk. Małgochę poznałem mroźną zimą, siarczysty mróz w podkarpackim. Pokochałem, za bezdomność ten tekst.


Póki żyję i słucham muzyki to znaczy, że świat należy do mnie. Mogę marzyć, a muzyka pozwoli mi zapamiętać wszystkie ważne dla mnie chwilę. 

czwartek, 3 marca 2016

Styczeń - luty w muzyce i w mojej głowie

To będzie dobry rok – bez rocznic i postanowień śpiewały kiedyś poznańskie Muchy. Muzycznie wygląda to całkiem, całkiem. Nie minęło jeszcze sto dni, a wszystko kwitnie. No proszę, na szczęście muzyka jest stabilniejsza niż złotówka, także śmiało marka „Teraz Polska” może walczyć z „Resztą Świata”. Muzyka to manifest ;-) Mój jak zwykle tylko mój i tylko dla mnie przegląd dwóch miesięcy. Masa powtórzeń, skrótów zrozumiałych tylko dla mnie, dla zabicia sumienia i przeciążenia Internetów.

1.    Maria Peszek – Polska A B C i D; ulubienica prawnicy powróciła, za młoda, aby założyć jej teczkę. Nowy manifest, nowa ocena sytuacji:
można szczuć słowem,
można szczuć modlitwą,
można dzielić ludzi
tknąć  krzyżem jak brzytwą.
Kwintesencja sytuacji w kraju nad Wisłą, naczelnik państwa ma kolejne dowody do wielkiej sympatii do Marii Peszek. 



2.    Julia Marcel – Andrew;  to kolejne bingo. Julia śpiewa o relacjach międzyludzkich. Tak wyglądają współczesne walentynki, tak się teraz kocha, tak teraz się poznaje ludzi. Paradoks ludzi XXI wieku przytulamy się, przewijać w trakcie tablicę na facebooku. Jesteśmy coraz bardziej wirtualni,  co raz mniej realni. Może czas na wylogowanie?


3.    Zamilska – FuckFray; w trzeci piątek lutego wyszła nowa płyta Zamilskiej Undone. Teledyskiem do FuckFray jarałem się już wcześniej. Całość doskonała. Cóż muzyka bardziej na słuchawki niż na głośnie słuchanie w kamienicy. Ma w sobie tyle energii, że jeśli ktoś jest w stanie zrobić rewolucję to jest to właśnie ona. To taki piękny mord, najpiękniejsza krew tej zimy. Nawet Kajetan P. zrozumiałby. Wyobrażam sobie FuckFray na zakończenie ŚDM
w Krakowie;-)


4.    Chilllove – Tell me; przeraziłem się, gdy dowiedziałem się, że to Polacy. Duet prosto
z Wrocławia. Jak chillout to wiadomo, że miłość. Białe prześcieradła, zapach seksu
w powietrzu, namiętność kipi w żyłach. Nie jest to odkrywcze co robią, ale na zimę idealne.



5.    Brodka – Horses;  z Brodką to jak z Adele co wyda, to dobre, mniej lub bardziej, ale skrojone na miarę potrzeb. Niczym idealny program wyborczy – partii marzeń. Ciekawe jaka będzie nowa płyta. Pewnie ciepła jak wiosna. Chociaż nie polityka to niezbyt dobre skojarzenie.



6.    Kobiety, Bohater gorących romansów; usłyszałem to na zakazanej stacji (ta od żydowskiej gazety). Naiwny, wręcz infantylny tekst, niewymuszona zabawa instrumentami. Może przez to świeże? Prawie biwakowe, ale każdy przecież chcę być bohaterem gorących romansów (może nie każdy, ale ja na pewno).



7.    The Last Shadow Puppets, Bad Habits; to brudne, grzeczne granie. Mentalnie obsadzone
w najlepszych latach muzyki (wersja dla dinozaurów). Może marka Puppets na to wpływa, ale kawałek naprawdę dobry. Miła alternatywa dla wszechobecnej papki.



8.    Massive Attack, Take it there (feat. Tricky & 3D); kolejna podróż sentymentalna. Massive Attack klękajcie narody.  Czekam, czekam, tak bardzo czekam na nowy album. Pewnie nie jedna perła. Massive Attack tworzą od zawsze stabilną, demokratyczną muzykę może momentami wręcz nudną i przewidywalną, ale co jest piękniejsze niż równowaga
w szaleństwie?


9.    Miamigo, What I Want; dalej wędrujemy do tego co już było. Miły głos, prosty tekst, kawałek gitary w tle. Idealna recepta na sukces. Zielone wpadają. Nie obraża uczuć religijnych (chociaż można się doczepić – w końcu on czegoś chcę, wręcz żąda).



10. New Order, Singularity; ostatnie tchnienie lat 80tych, zapewne nie;-) Jak to mówią
w niektórych kręgach „dobra nuta”, grunt w tym wypadku, że nie „dobra  zmiana”, bo wtedy to tylko „ruina”.



11. Kasia Stankiewicz & Skinny – I wish; w 2016 roku dużo obietnic w muzyce. Muzyka na nocne obrady, niekoniecznie na nocne rozmowy Polaków. Warto jednak rozmawiać. Ciekawy duet. Kawałek z 2015 roku, przeszedł mi gdzieś tam w zapomnieniu, ale w końcu znalazłem
i rozkochuje się w nim po raz kolejny. Obawiam się jednak, że to za ambitne. Skinny startuje w projekcie „Polak potrafi”, może warto wesprzeć. Nie może, a trzeba. Majstersztyk, ach Ci nauczyciele angielskiego.



12. Hooverphonic – Badaboum; chciałbym wrócić do czasów kiedy pierwszy raz słyszałem Hooverphonic. Byłem taki moralnie niewinny. Nowy singiel nie jest jednak taki wysublimowany jak wcześniejsze projekty, ale po kilkukrotnym przesłuchaniu nóżka ciągle chodzi. Ostatnio często mowa o „nieśmiertelności” – Hooverphonic na nią ciągle pracują.



13. Szymon – Golden; teraz Polska po raz siódmy. Prawdziwa „walcząca”, teraz od prawdziwych patriotów mam zapewniony wpierdol. Szkoda, że tego diamentu nie ma już z nami. Niestety wszyscy walczymy z depresją. To cichy zabójca, a nie choroba na lekarstwo. Szymona nie ma już z nami. Smutna historia, szkoda. Płyty wydane po śmierci zapewniły mu jednak nieśmiertelność. To się właśnie nazywa wygrać życie.



14. MJUT – 17 GB; lubię takie studenckie granie, pusta scena, kufle z piwem, gdzieś tam zakochana para w tle, a ja upojony muzyką i papierosami cicho śpiewam i naśladuje gitarzystę. Mądry tekst, przypomina mi takie wczesne lata XXI-ego wieku. Z tą różnicą, że wtedy 17GB to ewentualnie miał dysk twardy. Za słowa „więcej dzieli nas niż łączy …” muzyczny Oscar.



15. Kaliber 44 – Nieodwracalne zmiany; nie miałem tego zaznaczać, ale chyba jednak wolę stabilność i niech będzie. Cóż za łaska z mojej strony. Płyty jeszcze nie słuchałem, za stary jestem, a może się po prostu boję. Nie, na pewno nie rozczarowania, aż takich nie mam ambicji. Ciekawi mnie czy to jednorazowy występek czy pomysł na coś dłuższego. To mam już zapewniony drugi raz manto. Do jedynych prawdziwych z Maryją, Jezusem i prawymi hasłami Polakami dołączają hiphopowcy.





           P.S: I tak nikt mnie nie czyta

środa, 27 stycznia 2016

CO SĄDZISZ O SOBIE?


Jestem zauroczony tym filmikiem. To jedna z lepszych produkcji jakie miałem okazję w ostatnim czasie obejrzeć. Niestety cała kipi prawdą. O kim? O nas samych. Ostatnia scena wymowna. Polecam obejrzeć!

Źródło: Reżyser życia, Co sądzisz o sobie, dostęp: https://www.youtube.com/watch?v=ju67-lDMulc, 27 stycznia 2016.  

A jak Alienacja

Zawsze lubiłem być wyalienowany. To taki ładny stan. Niby jesteś tutaj gdzie wszyscy, zachowujesz się na pozór jak wszyscy, ale jesteś w innym, własnym świecie. Przez kilka lat tkwiłem permanentnie w tym stanie. Trochę przez to mnie ominęło, na przykład cały rozwój e-świata, zawodowo przeskoczyłem na inny poziom. Niekoniecznie na taki, który jeszcze kiedyś w sobie rysowałem. Cóż, nie wszystko da się odtworzyć. Alienacja, bycie sam w sobie i dla siebie temat dyskusyjny muzycznie za to bardzo ciekawy. I co najważniejsze muzykę da się odtworzyć.


Jeśli miałbym zaproponować „10-tkę” najbardziej autystycznych kawałków to brzmiałaby ona następująco:

1.       Agressiva 69 – Situations; szkoda, że takie formaty jak Agressiva 69 tkwią w jakimś mikroświecie. To przecież nasza duma narodowa. Chociaż z tym co dumą to niekoniecznie już mi po drodze. To taki przyjemny dla uszu, a przede wszystkim dla duszy muzyczny stan. Płyniemy sobie łódką powoli, spokojnie po leśnym jeziorze, ale zjedliśmy po drodze albo jakieś dziwne ciastka, albo przypadkowe grzybki. Stan uniwersalny polecam chociaż nie praktykowałem. Wyobraźnie należy pobudzać.



2.       Atlas Sound – Kid Klimax; odkryłem zimą 2009, było mroźno, padał śnieg, w Krakowie nie było czym oddychać, a ja gdzieś przeczytałem recenzję o płycie nieznanej mi kapeli Atlas Sound. Tutaj zbliża się inwigilacja, ale tak zrobiłem to. Ściągnąłem na dysk, później przegrałem na pseudo mp3 i udałem się na chcąc nie chcąc wymuszone zakupy. Zbliżało się Boże Narodzenie. Już wtedy bardziej papierowe niż duchowe, a w moich uszach zabrzmiało właśnie to. Czułem się błogo w pękającej, opętanej świątyni konsumpcjonizmu. Byłem – [czas przeszły dokonany] najszczęśliwszym człowiekiem. Tak się zasłuchałem, że nic nie kupiłem. Oby ten stan mi towarzyszył zawsze. Jaki wtedy byłem szczęśliwy.



3.       Archive – Again; takie utwory powstają raz na dekadę. Po części stają się hymnami pokoleń smutasów, po części rewolucjonistów. Z mniejszym lub większym sukcesem komercyjnym. Smutek jest piękny jeśli smakuje jak gorzka czekolada. Chłoniesz go bo wiesz, że jest zdrowy, ale nie dasz za długo, bo życie wymaga jednak odrobiny pozytywnych endomorfin. Dziwne zdanie, tak dziwne jak ten kawałek. Polecam pełną wersję, asceza dźwięków, mszę ludzi XXI-ego wieku, wypisany prawdziwy smutek na twarzy. To jest artystyczny grzech pierworodny to musiało powstać, aby można było żyć dalej. Aby wierzyć w to co niewidzialne i liczyć na co, że coś gdzieś, kiedyś z kimś, a najlepiej na zawsze.


4.       Marcin Macuk – Chrzest; muzyka z filmu o jakże znamiennym tytule „Chrzest”. Film był świetny, ale rozwaliła mnie muzyka. To 1:40 najbardziej urzekających dźwięków, to życiodajna woda, mógłbym się w niej kąpać, w niej brać chrzest, modlić się do niej i modlić się nią. To jest jakość, to jest pasja, to jest pożądanie, to jest namiętność, to jest skromność, a przede wszystkim to jest piękne.



5.       Royksoop – The Final Day; Senior nie był tak pogodny jak Junior, ale też zaskoczył w tym konstruktywnym znaczeniu. Dzięki Royksoop i pisarzom skandynawskim wiem jedno, to wszystko co za Bałtykiem to jest takie mroczne zło. Niby ładne, niby uporządkowane, ale dużo do naprawienia w głowie. Przez to może jest takie interesujące, inwazyjne, bo jak zaczniesz raz to się długo od tego nie uwalniasz. Ciekawe, ale bałbym się tam zamieszkać. Za bardzo jestem do nich podobny. Też lubię zakładać maski. A teraz to sobie schlebiam. Przy The Final Day, aby popaść w jeszcze wyższy stan wykorzenienia należy obejrzeć teledysk do tego utworu. Polecam


6.       Era – Hymne; nie wiem co się stało z projektem pod nazwą Era. Pod koniec lat 90tych byli bardzo popularni w Polsce. Większość potrafiła zanucić „Ameno”. Odkąd wróciłem do wycieczek po kościołach zaczyna mi brakować Boga. W Kościołach chyba nigdy go nie było, a może ja nie potrafię go dostrzec?  Teologia to indywidualna sprawa tak jak bielizna. Każdy nosi to co lubi i na ciele i w sercu. Dlaczego Hymne? Cóż, filozofia życia i wychowanie tak mnie ukształtowały, że jakieś elementy mistyki chrześcijańskiej mniej lub bardziej we mnie drzemią. Tego też nie manifestuje i dlatego też jest to takie wyalienowane we mnie.


7.       Milkshop – Like you; o tej formacji niestety też słuch zaginął. To takie smutnie inspirujące kochać coś co trwało tylko chwilę, rozkwitło, wybuchło pięknem, eksploatowało nektarem i esencją radosnych niedopowiedzeń i później jeszcze brutalniej zostawiło Cię samego. Tak było i z Milkshop i pewnie w życiu coś by się znalazło. Nie powinienem przywoływać, ale tak Milkshop też przerobiło „chodź pomaluj mój świat”, ale to nie tędy miała iść ta droga. Inne były plany, a okazało się, że budżet jak to w życiu bywa też miał więcej strat. Cóż, została pierwsza płyta, powinna być klasyką


8.       Trentemoeller – Miss you; w sumie to utwór bardziej do seksu niż do alienacji, ale co tam. Furia prostoty zabija w tym utworze, takie subtelne piękno niczym zapomniany, zakurzony gdzieś w pamięci fragment tego co człowiek przeżył, a może mu się śniło, albo chce, aby coś takiego w nim tkwiło. To jest sekret do zrozumienia siebie odnaleźć właściwe klucze, a później sprawdzać do których drzwi pasują. Tego uczy Miss you, tego warto słuchać. Nadwyrężam niektóre wyrazy, za co je przepraszam.


9.       Placebo – Special Needs; „Brajan” z ekipą to takie episkopat dla wszystkich desperatów, wyalienowani też korzystają z ich dorobku kulturowego. Placebo dobry bunt do któregoś roku życia. Później przychodzi, pomijając „Special Needs”.  

10.      Craig Armstrong – This love; smutno, smętnie i staro. Śmierdzi jesienią
i brakuje słońca. Siedzimy w barze, patrzymy sobie w oczy, myślami jesteśmy w zupełnie innych światach, zapominamy gdzie jesteśmy, z kim i po co tu przyszliśmy. Wewnętrznie krzyczymy, niemy krzyk, którego nawet płuca nie poczują. To tak jak z rzucaniem papierosów, z jednej strony chcesz, a z drugiej się boisz. Tak, idealizujemy życie, a najbardziej spranym hasłem jest miłość. Jak przychodzi do czego to się okazuje, że wcale nie umiemy kochać, a może nam się po prostu wydaje, że nie potrafimy? Przecież życie to nie komedia romantyczna, świat w rzeczywistości jest naprawdę brudny, nie da się pryskać optymizmem dwadzieścia kilka godzin na dobę. Armstrong to właściwe nazwisko dla zdobywców. Mnie urzekł, jeszcze w czasach kiedy filmy nagrywało się na CD 700 MB. Ta piosenka siedzi we mnie po dzień dzisiejszy. Rzadko wznosi się na powierzchnię, ale gdzieś tam pełza, gdzieś tam jest. Jest jak matka. Matka przecież jest zawsze, mniej lub bardziej, ale zawsze jest. Może to jest miłość? Gdzieś być, ale być zawsze?