Kocham
podsumowania, statystyki, wszystko co wiąże się z liczeniem, datami, historią.
W trzeci, piękny dzień maja. Tak, Święto Konstytucji to też moje prywatna impreza z trójką w tle.
W trzeci, piękny dzień maja. Tak, Święto Konstytucji to też moje prywatna impreza z trójką w tle.
Polski Top Wszechczasów – już po raz
dziewiąty. Przejechałem z nim kawałek świata. Słuchałem w najpiękniejszej
arkadii jaką jest Kramarzówka – potęga mitu, w Krakowie, który kocham, a
zarazem nienawidzę. Trafiła się kiedyś drogą na Bielsko-Białą piękna, leśna,
zielona, wiosenna, radosna. Ba, nawet słuchałem nad basenem na greckiej wyspie Mykonos. Od dwóch lat Paryż –
w ubiegłym roku z ptaszkami zza oknem, a w tym roku już tylko z cepeliowym wyrobem na balkonie.
Top to taka
podróż sentymentalna, do wspomnień, do ludzi, do miejsc. Muzyka to wspomnienia.
Te radosne i te mniej. Wszystkie pouczające. Moja pierwsza setka wyglądałaby
zupełnie inaczej. Każdy ma własny manifest. Głosując w tym roku stwierdziłem,
że wybiorę 10 utworów, których nie będzie na pewno w pierwszej setce. Tak
zrodził mi się pomysł na ten mój samozwańczy post.
To
lecimy:
1. Patrycja Kosiarkiewicz – Jak ja wierzę
(1997): ta Pani, bardziej Panna miała podbić polski rynek na lata.
Skończyło się na jednej, dobrej płycie. Byłem dzieciakiem, nie jest to wysublimowane,
ani awangardowe. Teraz pewnie było by motywem przewodnim w „Na wspólnej”, albo
w losach innych bogatych – biednych rozwijających swoje korpokariery
w stolicy. Sentyment jest najważniejszy.
w stolicy. Sentyment jest najważniejszy.
2. T. Love – Jest super (1997):
wiedziałem, że tegoroczny top będzie manifestem politycznym. Tak też się stało.
Muniek napisał dziewiętnaście lat temu jeden z najaktualniejszych tekstów w historii muzyki. Manifest song. Słowa „.. jest
super więc o co Ci chodzi” nie tracą na sile.
3. Robert Janson – Małe szczęścia (1997); znowu 1997. To nie jest moja ulubiona
piosenka Jansona i spółki. Rzekłbym wręcz, to najbardziej komercyjny kawałek na
płycie. Zresztą dzięki niej, cała płyta się sprzedała. Kuba Badach nie był
jeszcze mężem panny Kwaśniewskiej. Moim faworytem była „Itaka”, ale niestety
tego utworu nie było w zestawieniu. Z czym kojarzą mi się „Małe szczęścia” z
wielkim strachem. Kończyłem podstawówkę i musiałem iść do gimnazjum. Pierwszy
rocznik, pierwsze wyzwanie, pierwszy strach przede wszystkim. Jestem dzieckiem reformy
edukacyjnej. Wprawdzie utwór ten powstał wcześniej niż reforma, ale to
usłyszałem ostatniego dnia w mojej ukochanej kopernikowskiej podstawówce.
4. Smolik&Rojek – 50 tysięcy 881 (2001); połączone siły ex wokalisty Myslovitz
i perkusisty Wilków. Obaj świetnie funkcjonują na scenie do dzisiaj. Pierwsza naprawdę niezależna płyta w Polsce. „Niezależna” w sensie komercyjnym, ale bardzo ładnie opakowanym. To takie czekoladki z nadzieniem różanym. Jedna z najlepszych płyt pierwszej dekady XXI wieku.
i perkusisty Wilków. Obaj świetnie funkcjonują na scenie do dzisiaj. Pierwsza naprawdę niezależna płyta w Polsce. „Niezależna” w sensie komercyjnym, ale bardzo ładnie opakowanym. To takie czekoladki z nadzieniem różanym. Jedna z najlepszych płyt pierwszej dekady XXI wieku.
5. Universe – Mr. Lennon (1983); kawałek
starszy ode mnie, Universe pamiętam
z dzieciństwa. Z czasów magnetofonów, sklejanych kaset. Teraz mam wrażenie, że tragicznie zmarły wokalista ma głos podobny do wokalisty zespołu Akcent. Tak, słynnego Z. Martyniuka czy jakoś tak. Universe to lekkie, przyjemne piosenki o miłości. Takie naiwne, że aż słodkie.
z dzieciństwa. Z czasów magnetofonów, sklejanych kaset. Teraz mam wrażenie, że tragicznie zmarły wokalista ma głos podobny do wokalisty zespołu Akcent. Tak, słynnego Z. Martyniuka czy jakoś tak. Universe to lekkie, przyjemne piosenki o miłości. Takie naiwne, że aż słodkie.
6. Hedone&Renata Przemysk – Zapach (1998); zarówno zespół jak i
wokalistka są bardzo niedocenieni na rynku. Ta forma muzyki niestety nie
przyjęła się na polskiej scenie. Taka zabawa w Massive Attack (trochę). Z
niczym szczególnym mi się to nie kojarzy, ale słuchając propozycji cholernie
przypadło mi do gustu.
7. Lenny Valentino – Chłopiec z plasteliny (2001); chyba album wszechczasów dla
wykolejeńców, skrzywdzonych przez siebie i krzywdzących siebie fanów depresji.
Samotników i wygnańców. Ach ten Rojek, majstersztyk. Będziemy walczyć z samymi
sobie, aby było nam źle. Inaczej nie zrozumiesz tego utworu i tej płyty. Dla
wszystkich, którzy kolekcjonują czerwone kartki od życia ten utwór to prawie
Biblia.
8. Negatyw – Amsterdam (2002); Waluś ze swoją drużyną tym kawałkiem zaskoczyli
niejednego. Ambitnie, ale nie za inteligencko. Uwielbiam głos wokalisty, to
miało być takie polskie Oassis. Nie wyszło, został Negatyw. Od ponad 15 lat na scenie.
Amsterdam przypadł na kolejny etap buntu i słusznie. Buntować też należy się ze
stylem.
9. Cool Kids of Death – Nagle zapomnieć wszystko (2008); to już
europejsko, a u mnie etap krakowski. Po buncie, przed życiem. Taki wręcz
juwenaliowy, grillowy kawałek. Nóżka się rusza. Nie ma dla mnie jakieś większej
głębi, ale po prostu lubię to;-)
10. Piotr Bukartyk – Małgocha (2003); jak
ja kocham twórczość Piotra Bukartyka. To mój bard. Genialne teksty, kocham
słuchać smutku, a nie znam nikogo, kto by o nim śpiewał niż Bukartyk. Małgochę
poznałem mroźną zimą, siarczysty mróz w podkarpackim. Pokochałem, za bezdomność
ten tekst.
Póki żyję
i słucham muzyki to znaczy, że świat należy do mnie. Mogę marzyć, a muzyka
pozwoli mi zapamiętać wszystkie ważne dla mnie chwilę.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz