czwartek, 3 marca 2016

Styczeń - luty w muzyce i w mojej głowie

To będzie dobry rok – bez rocznic i postanowień śpiewały kiedyś poznańskie Muchy. Muzycznie wygląda to całkiem, całkiem. Nie minęło jeszcze sto dni, a wszystko kwitnie. No proszę, na szczęście muzyka jest stabilniejsza niż złotówka, także śmiało marka „Teraz Polska” może walczyć z „Resztą Świata”. Muzyka to manifest ;-) Mój jak zwykle tylko mój i tylko dla mnie przegląd dwóch miesięcy. Masa powtórzeń, skrótów zrozumiałych tylko dla mnie, dla zabicia sumienia i przeciążenia Internetów.

1.    Maria Peszek – Polska A B C i D; ulubienica prawnicy powróciła, za młoda, aby założyć jej teczkę. Nowy manifest, nowa ocena sytuacji:
można szczuć słowem,
można szczuć modlitwą,
można dzielić ludzi
tknąć  krzyżem jak brzytwą.
Kwintesencja sytuacji w kraju nad Wisłą, naczelnik państwa ma kolejne dowody do wielkiej sympatii do Marii Peszek. 



2.    Julia Marcel – Andrew;  to kolejne bingo. Julia śpiewa o relacjach międzyludzkich. Tak wyglądają współczesne walentynki, tak się teraz kocha, tak teraz się poznaje ludzi. Paradoks ludzi XXI wieku przytulamy się, przewijać w trakcie tablicę na facebooku. Jesteśmy coraz bardziej wirtualni,  co raz mniej realni. Może czas na wylogowanie?


3.    Zamilska – FuckFray; w trzeci piątek lutego wyszła nowa płyta Zamilskiej Undone. Teledyskiem do FuckFray jarałem się już wcześniej. Całość doskonała. Cóż muzyka bardziej na słuchawki niż na głośnie słuchanie w kamienicy. Ma w sobie tyle energii, że jeśli ktoś jest w stanie zrobić rewolucję to jest to właśnie ona. To taki piękny mord, najpiękniejsza krew tej zimy. Nawet Kajetan P. zrozumiałby. Wyobrażam sobie FuckFray na zakończenie ŚDM
w Krakowie;-)


4.    Chilllove – Tell me; przeraziłem się, gdy dowiedziałem się, że to Polacy. Duet prosto
z Wrocławia. Jak chillout to wiadomo, że miłość. Białe prześcieradła, zapach seksu
w powietrzu, namiętność kipi w żyłach. Nie jest to odkrywcze co robią, ale na zimę idealne.



5.    Brodka – Horses;  z Brodką to jak z Adele co wyda, to dobre, mniej lub bardziej, ale skrojone na miarę potrzeb. Niczym idealny program wyborczy – partii marzeń. Ciekawe jaka będzie nowa płyta. Pewnie ciepła jak wiosna. Chociaż nie polityka to niezbyt dobre skojarzenie.



6.    Kobiety, Bohater gorących romansów; usłyszałem to na zakazanej stacji (ta od żydowskiej gazety). Naiwny, wręcz infantylny tekst, niewymuszona zabawa instrumentami. Może przez to świeże? Prawie biwakowe, ale każdy przecież chcę być bohaterem gorących romansów (może nie każdy, ale ja na pewno).



7.    The Last Shadow Puppets, Bad Habits; to brudne, grzeczne granie. Mentalnie obsadzone
w najlepszych latach muzyki (wersja dla dinozaurów). Może marka Puppets na to wpływa, ale kawałek naprawdę dobry. Miła alternatywa dla wszechobecnej papki.



8.    Massive Attack, Take it there (feat. Tricky & 3D); kolejna podróż sentymentalna. Massive Attack klękajcie narody.  Czekam, czekam, tak bardzo czekam na nowy album. Pewnie nie jedna perła. Massive Attack tworzą od zawsze stabilną, demokratyczną muzykę może momentami wręcz nudną i przewidywalną, ale co jest piękniejsze niż równowaga
w szaleństwie?


9.    Miamigo, What I Want; dalej wędrujemy do tego co już było. Miły głos, prosty tekst, kawałek gitary w tle. Idealna recepta na sukces. Zielone wpadają. Nie obraża uczuć religijnych (chociaż można się doczepić – w końcu on czegoś chcę, wręcz żąda).



10. New Order, Singularity; ostatnie tchnienie lat 80tych, zapewne nie;-) Jak to mówią
w niektórych kręgach „dobra nuta”, grunt w tym wypadku, że nie „dobra  zmiana”, bo wtedy to tylko „ruina”.



11. Kasia Stankiewicz & Skinny – I wish; w 2016 roku dużo obietnic w muzyce. Muzyka na nocne obrady, niekoniecznie na nocne rozmowy Polaków. Warto jednak rozmawiać. Ciekawy duet. Kawałek z 2015 roku, przeszedł mi gdzieś tam w zapomnieniu, ale w końcu znalazłem
i rozkochuje się w nim po raz kolejny. Obawiam się jednak, że to za ambitne. Skinny startuje w projekcie „Polak potrafi”, może warto wesprzeć. Nie może, a trzeba. Majstersztyk, ach Ci nauczyciele angielskiego.



12. Hooverphonic – Badaboum; chciałbym wrócić do czasów kiedy pierwszy raz słyszałem Hooverphonic. Byłem taki moralnie niewinny. Nowy singiel nie jest jednak taki wysublimowany jak wcześniejsze projekty, ale po kilkukrotnym przesłuchaniu nóżka ciągle chodzi. Ostatnio często mowa o „nieśmiertelności” – Hooverphonic na nią ciągle pracują.



13. Szymon – Golden; teraz Polska po raz siódmy. Prawdziwa „walcząca”, teraz od prawdziwych patriotów mam zapewniony wpierdol. Szkoda, że tego diamentu nie ma już z nami. Niestety wszyscy walczymy z depresją. To cichy zabójca, a nie choroba na lekarstwo. Szymona nie ma już z nami. Smutna historia, szkoda. Płyty wydane po śmierci zapewniły mu jednak nieśmiertelność. To się właśnie nazywa wygrać życie.



14. MJUT – 17 GB; lubię takie studenckie granie, pusta scena, kufle z piwem, gdzieś tam zakochana para w tle, a ja upojony muzyką i papierosami cicho śpiewam i naśladuje gitarzystę. Mądry tekst, przypomina mi takie wczesne lata XXI-ego wieku. Z tą różnicą, że wtedy 17GB to ewentualnie miał dysk twardy. Za słowa „więcej dzieli nas niż łączy …” muzyczny Oscar.



15. Kaliber 44 – Nieodwracalne zmiany; nie miałem tego zaznaczać, ale chyba jednak wolę stabilność i niech będzie. Cóż za łaska z mojej strony. Płyty jeszcze nie słuchałem, za stary jestem, a może się po prostu boję. Nie, na pewno nie rozczarowania, aż takich nie mam ambicji. Ciekawi mnie czy to jednorazowy występek czy pomysł na coś dłuższego. To mam już zapewniony drugi raz manto. Do jedynych prawdziwych z Maryją, Jezusem i prawymi hasłami Polakami dołączają hiphopowcy.





           P.S: I tak nikt mnie nie czyta

Brak komentarzy: