Za oknem dosyć specyficzna pogoda. Zieleń walczy z szarością i intensywną barwą żółtego. Powoli przegrywa. Liście przykrywają pozostałość trawy. Wieje wiatr, chmury pół na pół błękit i biel. Ani nie uspokaja, ale nie prowokuję też do rozmyśleń. Udziela mi się ta jesienna atmosfera. Cytryna na obiad, mecz siatkarek i jakoś reszta dnia przeminie.
Hesse napisał kiedyś, że przemijalność, która przejmuje nas grozą to w pewnym sensie osobliwy znak, bez którego nie byłoby piękna. Piękne słowa - w końcu po coś żyjemy, może nie dla kogoś, ale na pewno dla siebie. Staramy się dla samych siebie, ciągle poszukujemy siebie i swoich miejsc. Niekiedy zbyt mocno ufamy sobie, a kiedy coś wydarzy się nie po naszej myśli. Poszukujemy winnych, ale okazuje się, że jesteśmy nimi sami. Staramy się sobie wybaczyć. I wtedy ukazuje się obraz nas samych. Trudno jest go nam zaakceptować, w końcu mieliśmy być idealni, tacy das perfect.
Ok, błękit wygrał z bielą - kończymy patetyczne rozmyślania.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz