Zawsze wolałem niedzielę w odosobnieniu, ale to wynikało, z faktu, że przez cały tydzień obcowałem z ludźmi. Pragnąc czy też być zmuszonym ich obecności.
Dzisiaj, dla odmiany wybrałem się ze znajomymi w wycieczkę do rzekomo moich rodzinnych stron. Tak, cholernie ze mnie sentymentalny człowiek. Plus, dla tych, którzy przesiedlili część ludności zamieszkujących tereny Bieszczad i okolic, bo dzisiaj mógłbym naprawdę stwierdzić, że lecę ponad chmurami, a raczej lasami. Na szczęście, nie muszę. Ulga.
Piękne, może nie dziewicze, ale urzekające krajobrazy. Las, zieleń w mniejszości na rzecz palety jesieni. Cudo, naprawdę jest czym się zachwycać. Ale, rozumiem dzień, dwa a może nawet tydzień i ten piękny obraz staje się powszechnością. Nic nowego nie da się wykombinować.
Podziwiam ludzi, którzy tam zostali. Może chcieli, a może po prostu nie mieli możliwości emigracji w lepsze miejsca. Uśmiechnięci może nie zawsze, trochę zatroskani życiem, ale prawdziwi. A My? Całe życie w maskach, na różne okazję. Odkrywamy się dla nielicznych, dla niewielu licząc, że i oni nas nie odrzucą, a może nie skrzywdzą. Takie ponoć życie.
I znowu przy niedzieli: jesienny nastrój. Szkoda, że bez słoty, kasztanów, kolorowych lisci i usmiechu tych na których nam zależy. Za godzinę dwadziescia czas start! Nowy tydzień - więc ruszajmy! Jesli nie my, to kto?
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz